Mój Depeche Mode

Jak każdy, mam swoje ulubione płyty i kapele, do których często wracam, kiedy znudzą mnie chwilowe muzyczne zauroczenia. Właśnie zdałem sobie sprawę, że zespołem, do którego wracam najczęściej i z największą przyjemnością, jest Depeche Mode. Nie znam drugiej takiej grupy, która istniałaby tak długo i była w stanie przez cały ten czas wydawać albumy na równie wysokim poziomie. Słucham praktycznie każdego gatunku muzyki (no, może z wyjątkiem hiphopolo i discopolo), ale Depeche jest dla mnie najbardziej uniwersalnym, a jednocześnie najbardziej unikalnym, własnym mini-gatunkiem (bo i nie urodził się chyba jeszcze taki meloman, który byłby w stanie zaszufladkować ich muzykę), w którym chyba każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie – od lirycznych ballad Gore’a (jak np. „Home”) po pseudoindustrialne mocne brzmienie „Barrel of a Gun”. Z całej ich twórczości (litościwie nie zaliczam do niej fenomenów pokroju „Speak and Spell”), najczęściej powracam do „Songs of Faith and Devotion”, „Violator” i „Ultra”. Co zdumiewa mnie najbardziej, to to, że za każdym razem, kiedy słucham utworów z tych płytek – odkrywam jakieś kolejne warstwy czy ścieżki, których nie słyszałem poprzednio. Tą muzyką po prostu nie umiem się znudzić. Gdybym miał obstawiać kto za 20 lat będzie wskazywany jako ikona muzyki naszych czasów, postawiłbym właśnie na Depeche.

Dodaj komentarz