Świąteczne dymanie

Żyję w tym kraju już na tyle długo, żeby na podobne incydenty nie zwracać już właściwie uwagi, ale dzisiaj mimo wszystko oniemiałem.

Wracałem sobie właśnie z comiesięcznej porannej wycieczki do US (i nie mam niestety na myśli Stanów Zjednoczonych) i postanowiłem w drodze powrotnej wpaść do sklepu m.in. po kawę. Najbliżej było mi do kauflandu.

Wszedłem, udałem się prosto po Nescę Allitalia (lubię, bo mocna), w międzyczasie postawiłem sobie wziąć jeszcze coś do czytania (Polityka) i małą ozdobną torebkę na upominek. Nauczony niegdysiejszymi przykrymi doświadczeniami, robiąc teraz zakupy, staram się na bieżąco kalkulować ile mi mniej więcej przyjdzie zapłacić w kasie. Wyszło mi jakieś 32 PLN.

Stoję sobie zatem w kolejce do kasy, przyszła moja kolej, babka kasuje i rzuca mi:

–Pięćdziesiąt pięć dziewięćdziesiąt siedem.

Oryginalny paragon z "pomyłką".
Oryginalny paragon z "pomyłką".

Jak wspomniałem — było rano, ja zaledwie po jednej kawie. Zawiesiłem się na dobre 3 sekundy, przeleciałem jeszcze raz wzrokiem po smętnych trzech produktach na taśmie. No ni chuja nie chce mi wyjść ponad 50zł. Przypominam – malutka ozdobna torebka, Polityka i 200g rozpuszczalnej.

ILE?? – dopytuję.

–Pięćdziesiąt pięć dziewięćdziesiąt siedem – odpowiada niewzruszonym głosem robota wąsata kasjerka.

A co tu aż tyle kosztuje?? — na to ja, wskazując głową na towary.

Storno.
Storno.

I w tym miejscu robi się ciekawie. Kasjerka wykonuje serię szybkich, niemalże na pewno wyuczonych gestów. Na ułamek sekundy zerka na paragon, po czym zerka znacząco przed siebie, poza moim polem widzenia. Stamtąd podbiega w ciągu 3 sekund (!!!) jakaś kasjercza sierżantka (taka co to ma uprawnienia do cofania błędów na kasie), wkłada klucz, po czym moja kasjerka wklepuje coś, wyciąga paragon, podaje mi i idzie mniej więcej w te słowa:

Kawa nabiła mi się dwa razy, przepraszam (tu nastąpił uśmiech, który byłby niemal rozbrajający, gdyby nie wąsy).

Zabrałem resztę, swoje graty i czym prędzej oddaliłem się z o-mało-co-miejsca-zbrodni.

Tak sobie teraz myślę: okres świąteczny, przerób klientów w tysiącach, kosze wypakowane po sufit, dziesiątki – może setki towarów na koszyk. Ile osób się zorientuje? A ile nie? Bo po szybkości, z jaką przy kasie znalazła się babka od cofania „błędów”, nie mam najmniejszych wątpliwości — ona tam stała czekając, aż ktoś zauważy co się święci. Wtedy czym prędzej stornujemy, przepraszam, i następny klient. Byle nie zatrzymywać ruchu gotówki.

Także jednym słowem Panowie (bo Panie mają to zawsze w zwyczaju): liczcie pieniądze, patrzcie kasjerkom na ręce, i nigdy przenigdy nie wręczajcie im pieniędzy i nie przyjmujcie reszty „z automatu”, bez myślenia o kwotach. Ja nie mam w każdym razie po dniu dzisiejszym najmniejszych wątpliwości — to nie są żadne pomyłki.

Komentarze

Dodaj komentarz